Joanna Mendak - Medale, których nie ma w cenniku
2008-09-22 10:19:45
Z Joanną Mendak, zawodniczką MUKS Olimpijczyk Suwałki, trzykrotną medalistką XIII Paraolimpiady w Pekinie w pływaniu, rozmawia Tadeusz Moćkun

- Nie ma co ukrywać, że Twój sukces w Pekinie, jest największym w historii suwalskiego sportu. Trzy medale: złoty, srebrny i brązowy, a poza tym czwarte, piąte i siódme miejsce w finałach to nie lada wyczyn...
- Dziękuję, za gratulacje, ale w takich sytuacjach nie wolno zapominać, że swój olbrzymi udział w tym sukcesie, bo odniosłam sukces, mają moi rodzice i trener. Moje wyniki to również efekt pozytywnego nastawienia władz miasta i lokalnych mediów do sportu i osób niepełnosprawnych. Suwałki w paraolimpijskich kronikach zapiszą się nie tylko moimi medalami. W kronikach, przynajmniej polskiego ruchu paraolimpijskiego, Suwałki są pierwszym miastem które tak serdecznie i z taką pompą witały swojego paraolipijczyka. Przed czterema laty na Okęciu była tylko delegacja z Suwałk, teraz były też Radom i Kozienice. Za cztery lata ... będzie Londyn, a ja nie wiem czy tam wystartuję. Tak daleko w przyszłość na razie nie wybiegam. Ale jeszcze raz dziękuję za stworzenie mi warunków do uprawiania sportu, nauki, za ciepło, zainteresowanie, za wszystko czego doznałam i czego jeszcze doznam w Suwałkach.
- Wkrótce będziesz bardzo bogatą dziewczyną. Wszak złoty medal olimpijski władze polskiego sportu „wyceniły” na 200 tysięcy złotych i samochód ...
- Srebrny na 150, a brązowy na 100 tysięcy. Razem daje to prawie pół miliona złotych. Ale, dobrze Pan zauważył, że jest to ”wycena” medali olimpijskich. Ja wywalczyłam medale na paraolimpiadzie, a tych nie ujęto w żadnym cenniku. Do dziś nie wiem czy dostanę chociażby przysłowiową złotówkę. Z centrali, bo władze miasta już mnie doceniły i nagrodziły piękna srebrną biżuterią, która wręczył mi na Okęciu Pan prezydent Józef Gajewski. Jeszcze raz serdecznie dziękuję.
W Pekinie zdobyłaś pierwszy dla Polski złoty medal, co dostrzegła i doceniła Pierwsza Dama Rzeczypospolitej czyli Pani Maria Kaczyńska.
- O jej geście, czyli przekazaniu na aukcję cebulek tulipanów nazwanych imieniem żony Prezydenta RP dowiedziałam się jeszcze w Pekinie. Dostałam sms-a od koleżanek. Chciałabym podziękować Pani Prezydentowej, ale nie maiłam jeszcze przyjemności spotkać się z nią. Mam nadzieję, że będę miała okazję uczynić to w połowie listopada, w czasie spotkania olimpijczyków i paraolimpijczyków z władzami naszego kraju.
Wróćmy do Pekinu. Parolimpiada to nie tylko sportowe zmagania. Pomiędzy startami miałaś trochę wolnego czasu...
- Rzeczywiście, miałam go trochę. Za mało, żeby poznać Pekin, za dużo, żeby nie tęsknić za krajem, rodziną. O organizacji paraolimpiady można mówić tylko w samych superlatywach. Podobnie o obiektach sportowych. Rewelacja. Chińczycy starali się jak mogli, żeby spełnić każde nasze życzenie. Wokół zawodników zawsze był tłum wolontariuszy ustawionych w szpaler. Takim korytarzem przechodziło się kilka, a czasami kilkanaście razy dziennie. Te same twarze, ten sam uśmiech i to samo: Dzień dobry. W którymś momencie zaczynało to męczyć. Czasu wolnego za dużo nie było, a jeśli już to „zorganizowany”. Byliśmy na spotkaniu w Ambasadzie RP w Pekinie, „przebiegliśmy” po Murze Chińskim i sklepach. Gros czasu spędzaliśmy w wiosce olimpijskiej.
Wiem, że uwielbiasz placki i babkę ziemniaczaną, ale tych potraw kuchnia w wiosce olimpijskiej chyba nie serwowała?
- W stołówce serwowano wszystko, czego każda inna dusza, oprócz mojej, zapragnęła. Była kuchnia azjatycka, amerykańska, europejska. Kilkadziesiąt, tak na oko około siedemdziesięciu potraw do wyboru. Dla mnie brakowało tylko zup, bo chiński rosół trudno było nazwać zupą. Były też przysmaki kuchni chińskiej: kaczka po chińsku i ... pies. Ale tych przysmaków nie odważyłam się tknąć. Moim kulinarnym marzeniem były placki ziemniaczane z gulaszem i zupa pomidorowa z makaronem. Spełniła je mama podając te specjały na pierwszy obiad po powrocie do kraju.
Dziękuję za rozmowę.



